Oculus Quest 2 – moje wrażenia

Na zeszłoroczną gwiazdkę postanowiłem sobie w końcu sprawić gogle wirtualnej rzeczywistości. Wybór padł na Oculus Quest 2 ze względu na to, że mogą one działać całkowicie samodzielnie bez kabli i połączenia z komputerem. Jednocześnie nadal istnieje możliwość spięcia ich z blaszakiem kablem (a nieoficjalnie można nawet streamować komputerowy VR bezprzewodowo z pomocą płatnej aplikacji Virtual Desktop).

Gogle działają pod kontrolą Androida zmodyfikowanego przez Oculusa na potrzeby wirtualnej rzeczywistości (ironia losu, że Oculus odnosi duże sukcesy z drugim Questem, podczas gdy twórcy Androida zaprzestali rozwijania swojego rozwiązania VR z powodu nikłego zainteresowania).

Mimo modyfikacji, nadal da się uruchamiać na goglach tradycyjne aplikacje Androidowe o ile nie korzystają z kontrolki WebView (to niestety wyklucza sporo programów wymagających logowania się na konto) czy usług Google. Wystarczy włączyć tryb deweloperski pozwalający na instalowanie oprogramowania z dowolnych źródeł.

System gogli posiada opcję „Strażnika”, który ma pilnować, abyśmy nie wyszli poza bezpieczny obszar (oznaczamy go rysując „plamę” na widoku z kamerek gogli). Początkowo robił tylko to. Oculus jednak stale rozwija oprogramowanie Questa i niedawno strażnik zyskał możliwość oznaczania kanapy (dzięki czemu system z jednej strony nie będzie nas ostrzegał kiedy machamy nad nią rękami, a z drugiej automatycznie przełączy się na tryb stacjonarny kiedy na niej usiądziemy). W plikach strażnika znaleziono też ślady po opcji ostrzegania o „wtargnięciu” w pole gry (np. człowieka, ale też zwierząt domowych), która być może pojawi się w przyszłości.

W trybie samodzielnym zagramy w sporo produkcji tworzonych od początku z myślą o VR, jak bardzo popularny Beat Saber (jednak jego modowanie, wymagane do korzystania z własnych utworów, jest bardziej upierdliwe niż w wypadku komputerowego wydania), Pistol Whip, Superhot VR czy Eleven Table Tennis. W sklepie Oculusa nie znajdziemy jednak edycji VR tytułów AAA znanych z pecetów czy konsol (np. Dooma 2016, Skyrima, itp.), choć czasem pojawiają się nieoficjalne porty (np. Dooma 3 – wymaga jednak posiadania oryginału na pececie w celu skopiowania plików gry). Tu już trzeba będzie sięgnąć po kabelek lub aplikację Virtual Desktop.

Jeśli chodzi o granie w VR na pececie, to jak wspomniałem mamy do wyboru dwie drogi – Oculus Link z wykorzystaniem kabla USB 3.0 (oficjalny jest drogi, ale na Allegro można znaleźć tańsze) lub bezprzewodowo z pomocą aplikacji Virtual Desktop (w skrócie VD). W tym drugim wypadku zalecane jest posiadanie Wi-Fi 6, a przynajmniej sieci na paśmie 5 GHz (w idealnych warunkach gogle powinny być jedynym urządzeniem na paśmie 5 GHz, a komputer z routerem łączyć się kablem Ethernet).

Nawet to jednak może nie wystarczyć, by wyeliminować przycinki w dynamicznych grach pokroju Beat Saber (szczególnie na poziomach trudności Hard wzwyż może być trudno przy korzystaniu z Virtual Desktop). Jednak do spokojniejszych produkcji (np. Half-Life Alyx) w zupełności wystarcza. Natomiast jedną z zalet VD względem połączenia kablem dla mnie jest widoczność nakładki Oculus Move, której niestety nie widać w wypadku korzystania z kablowego połączenia.

Fajnym dodatkiem (szczególnie w czasie pandemii gdy trudniej o ruch poza domem) jest aplikacja Oculus Move. Monitoruje ona naszą aktywność w trakcie przebywania w wirtualnej rzeczywistości i wyświetla szacunkową ilość spalonych kalorii oraz czas trwania zabawy. Możemy oczywiście ustawić minimalne progi dzienne jakich chcielibyśmy się trzymać i aplikacja będzie nas informować po ich przekroczeniu.

Poza grami, na Oculusa znajdziemy też szereg bardziej tradycyjnych aplikacji, np. klientów serwisów VOD (obecny jest między innymi Netflix, Amazon Prime Video czy Google Play Movies poprzez klienta YouTube). Ich wadą jest jednak brak wsparcia dla wysokiej rozdzielczości z powodu braku wsparcia DRMa od Widevine na poziomie L1 dla renderowania zabezpieczonych filmów w trójwymiarze. Jest też przeglądarka internetowa (ta od Oculusa bazuje na Chromium, ale dostępny jest również Firefox).

Powstają też inne ciekawe programy poza sklepem Oculusa, np. NotifiVR pozwalający synchronizować powiadomienia z telefonów działających pod kontrolą Androida (wyświetlają się jako natywne powiadomienia na goglach, choć niestety bez żadnych akcji, przynajmniej w obecnej wersji).

Jak na razie jedno ładowanie gogli starcza mi średnio na 2-3 dni grania po około godzinę dziennie (trochę natywnych gier, trochę Virtual Desktop). W sieci można znaleźć uchwyty służące do przymocowania przy paskach gogli powerbanków, które mogą ten czas wydłużyć. Kontrolery są zasilane paluszkami i ciągle działam na tych fabrycznych (gogle pokazują obecnie 60% baterii w obu kontrolerach).

Największą wadą gogli dla mnie jest zbyt mały maksymalny odstęp między soczewkami (w przeciwieństwie do pierwszego Questa czy Riftów, w Quest 2 soczewki mają tylko trzy predefiniowane odległości i nie można jej płynnie regulować). Mam szerszy rozstaw oczu niż ten pasujący do maksymalnego ustawienia, przez co obraz nie jest idealny i trochę się rozmazuje na brzegach. Informacje o ustawieniach soczewek możecie znaleźć na stronach Oculusa.

revanmj's tech blog