Zaczynanie ze wszystkim w USA może być kosztownym błędem

Zapewne nie raz byliście poirytowani, że jakiś program lub ciekawa opcja w systemie / usłudze jest dostępna tylko dla mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Takie postępowanie to norma wśród tamtejszych firm – robią tak Apple, Google, Microsoft i wielu innych. Czasem jednak takie bezmyślne zaczynanie ze wszystkim w USA może być sporym błędem. Dwóch w miarę świeżych przykładów dostarczają nam Google i Microsoft.

Ta pierwsza firma kilka lat temu udostępniła aplikację Google Wallet dla Androida, która pozwalała płacić telefonem niczym kartą zbliżeniową. Przy czym w programie mogliśmy mieć zapisanych kilka kart, odchudzając tym samym nasz portfel. Do tej pory oficjalnie z programu nie można skorzystać poza Stanami Zjednoczonymi. Niestety, na swoim rodzimym rynku aplikacja nie odniosła większego sukcesu.

Ten artykuł portalu Ars Technica na temat podobnego rozwiązania od Apple przynosi wyjaśnienie takiego stanu rzeczy – przede wszystkim w USA do tej pory praktycznie wszystkie terminale płatnicze obsługują jedynie karty z paskiem magnetycznym. Jedynie 10% pozwala na zapłacenie kartą z chipem, a zapewne jeszcze mniej kartą zbliżeniową. Pod tym względem kraj ten wydaje się wyjątkowo przestarzały na tle Europy, gdzie rządzą już karty z chipem (inaczej EMV) i coraz powszechniejsze są płatności zbliżeniowe (w niektórych krajach już ponad połowa terminali).

Google startując ze swoją aplikacją kilka lat temu (kiedy sytuacja była pewnie jeszcze gorsza) wybrała nierozwinięty rynek, na którym w stosunkowo niewielkiej ilości punktów można było płacić zbliżeniowo. Użytkownicy często nie mieli więc nawet gdzie sprawdzić działania programu. Gdyby usługa wystartowała w Europie, sytuacja mogła by wyglądać inaczej.

Dodatkowym problemem byli amerykańscy operatorzy komórkowi, od których większość osób kupuje tam swoje telefony. Postanowili oni w większości blokować instalację programu Google na telefonie, ponieważ pracowali nad własnymi rozwiązaniami tego typu. Ponieważ w Stanach duże koncerny mogą nieco więcej niż u nas, żadna instytucja nie zakazała tego typu praktyk (u nas do czegoś takiego pewnie momentalnie przyczepiła by się Komisja Europejska).

To dodatkowo zmniejszyło liczbę potencjalnych użytkowników – z Google Wallet skorzystać mogli jedynie właściciele urządzeń kupionych w niezależnych sklepach i u pojedynczych operatorów. Teraz natomiast z podobnych rozwiązaniem wchodzi Apple, które u operatorów ma już o wiele większy posłuch i nie pozwoli sobie niczego zablokować. W przyszłym roku w życie wchodzi też ustawia o obowiązku obsługi kart z chipem (EMV), która wymusi wymianę terminali na nowsze i tym samym znacząco zwiększy ilość punktów obsługujących płatności zbliżeniowe.

Gdyby natomiast uruchomili Google Wallet najpierw w Europie, gdzie nie było tylu przeszkód, możliwe że dziś Google opanowałoby ten rynek i może nawet więcej osób zdecydowało się na smartfony z Androidem. Niestety zamiast tego zostaliśmy (przynajmniej w Polsce) z durnym pomysłem wgrywania danych kart płatniczych na karty SIM, a więc konieczności dogadania się banku z operatorem. To oznacza tylko jedną kartę, w dodatku inną niż nasza zwykła debetowa i ograniczenie wyboru (zwykle jeden bank współpracuje tylko z jednym operatorem). Co gorsza, rozwiązanie to działało tylko na wybranych telefonach od operatora i koniecznie z jego systemem (czyli także bloatware i zwykle ohydnymi skórkami). Google Wallet obsługiwał wiele kart i w tej chwili już praktycznie każdy telefon z Android 4.4 i NFC (wcześniej wymagany był specjalny układ, co dodatkowo ograniczało i tak już marne grono potencjalnych klientów).

Niestety, mimo zapowiedzi wprowadzenia Apple Pay firma z Mountain View nadal nie śpieszy się z rozszerzeniem dostępności swojego programu, żeby przynajmniej w Europie wyprzedzić Apple i być pierwszym, który jednocześnie odniósł sukces (a nie pierwszy, o którym zapomniano jak w USA).

Drugi przypadek to Microsoft i jego Windows Phone. Tutaj problem jest nieco inny, ale też potencjał wzrostu o wiele większy jest poza USA. Mimo to wszystkie nowości (jak Cortana czy sklepy z multimediami) najpierw są przygotowywane z myślą o mieszkańcach Stanów Zjednoczonych. Ci jednak wyraźnie nie chcą mobilnych okienek – ich udział w tym rynku jest mizerny i nie zanosi się na zmiany, gdyż rządzą tu Apple z iOS oraz Google z Androidem. Natomiast w innych krajach, np. w Polsce, udział smartfonów z Windows Phone potrafi być wyższy niż tych od Apple. Skoro są tu chętni użytkownicy, to właśnie na nich firma powinna się najpierw skupiać zamiast zrażać olewającym podejściem.

Dodanie później różnych opcji dla USA to nie problem i podejrzewam, że w razie potrzeby tak duże firmy szybko by się z tym uwinęły. Natomiast z rozwiązaniami dla innych regionów to takie proste zwykle już nie jest i wymaga wiele pracy oraz długich negocjacji. Zamiast więc tracić czas i pieniądze na tworzenie opcji z myślą o tymczasowo przynajmniej „straconych” USA, firma z Redmond powinna wszystkie środki przesunąć na rozwój funkcji dla mieszkańców tych krajów, gdzie Windows Phone radzi sobie dobrze. A ewentualnie później, już z bardziej dojrzałą wersją okienek ponownie starać się podbić serca mieszkańców Stanów Zjednoczonych.